Ponieważ nasz lot zaplanowany był dopiero na godzinę 00:25, całą niedzielę mogliśmy swobodnie buszować po mieście. Wstaliśmy nieco wcześniej niż zwykle, wrzuciliśmy wstępnie zapakowane plecaki za recepcyjny kontuar i w drogę! Na rogu kupiliśmy słodkie bułki w ulubionej piekarni i podreptaliśmy naszą codzienną, kilkuminutową ścieżką do najbliższego metra. Było trochę inaczej niż zwykle, bo nie było tłumów. Większość punktów handlowo-usługowych była jeszcze nieczynna, a ulica właśnie była sprzątana po dzikim targowaniu, które w każdy sobotni wieczór porywa mieszkańców Mong Kok.
Długie przedpołudnie spędziliśmy w HK Park. Pokazaliśmy M. mieszkańców strefy wolnych lotów (kolorowe ptaki i Azjatów z obiektywami długości przeciętnego statywu), pobawiliśmy się na placu zabaw i zrelaksowaliśmy się przy zielonej herbatce w muzealnym „tea house”.
Później, po raz ostatni skorzystaliśmy z zaprojektowanej z imponującym rozmysłem, wijącej się u stóp najwyższych budynków centrum biznesowego HK plątaniny nadziemnych przejść, kładek, korytarzy, schodów i chodników ruchomych, by dostać się do terminalu promowego, a stamtąd, na pokładzie uroczego Star Ferry, po raz ostatni przeprawić się przez cieśninę, do Kawloon.
Resztę dnia poświęciliśmy na zakupy i poszukiwania pamiątek. Pozytywnym odkryciem tej części dnia był „Food World” na poziomie -1 centrum handlowego Silvercord, położonego na południowym krańcu Kawloon Park w Tsim Sha Thui. Podobnie, jak rekomendowaliśmy jadłodajnie centrum Siam Paragon w Bangkoku i to miejsce zyskuje nasz certyfikat. Wybór duży, ceny przystępne, a smaki egzotyczne i prawdziwe. Do tego wygodna lokalizacja w samym sercu dzielnicy handlowej.
Po drodze do hotelu wpadliśmy jeszcze na targ w naszej dzielnicy, który w międzyczasie zdążył się rozruszać i szczelnie wypełnić morzem ludzkich głów.
Dalej było rutynowo: taxi, airbus, check In, immigration, proceed to the gate i boarding.
Myślę, że nie zawahamy się wrócić do HK w drodze do Azji, czy na Antypody. Spędziliśmy tu nadprogramowe godziny, ale żadnej z nich nie żałujemy. Zostało nam jeszcze przynajmniej kilka rzeczy do zrobienia. Nie korzystaliśmy przecież z wielkich atrakcji miasta, za jakie bez wątpienia można uznać parki rozrywki: Disneyland czy Oceanworld. Choć to nie do końca nasz klimat, to myślę, że M., gdy podrośnie z pewnością nam takiej wizyty nie odpuści. Wszędobylskie folderki wymienionych miejsc niezawodnie przyciągały jej oczy już teraz.
Do zobaczenia w Warszawie!
MAK